niedziela, 17 kwietnia 2016

Se-etta


Chciałabym komuś opowiedzieć, ale zwykle jest tak, że jak tylko zaczynam mówić, mój mózg chowa wszystkie objawy i z opowieści wychodzi sens: było troch kiepsko, ale świetnie sobie radzę', czyli gówno prawda.

Zawsze byłam sama, jakoś nigdy nie miałam przyjaciół, siostra mnie nienawidziła i traktowała jak niewolnika, ojciec o wszystko obwiniał, mama się tylko biernie przyglądała. A ja odkąd pamiętam albo czułam lęk, taki potworny, paraliżujący lęk, albo nic. Dopiero w szkole średniej miałam kontakt z ludźmi, ale szybko się okazało, że ich tylko krzywdzę. Nikt nie mógł ze mną wytrzymać. Z jednej strony byłam bardzo dobrym człowiekiem, wszystkim pomagałam, można było na mnie liczyć, a z drugiej strony potrafiłam obwiniać i wydzierać się na przyjaciołach że przez nich czuje się tak źle, że ja im tak pomagam, a oni mi nie. Tygodniami potrafiłam nic nie jeść Już na studiach kiedyś siadłam przed oknem i po 10 dniach zorientowałam się że minęło tyle czasu. Nie mam pojęcia co wtedy robiłam. Na studiach poznałam przyjaciela, Marka, który dużo w życiu przeżył, jest 19lat ode mnie starszy, ale bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Przyjaciele na studiach też mnie opuścili, bo nie mogli ze mną wytrzymać. Marek obiecał, że mnie nie zostawi. Rok temu trafiłam na terapię, ale nie potrafiłam nic powiedzieć, mówiłam na sesjach tylko to co terapeutka chciała usłyszeć. Nie potrafiła do mnie dotrzeć, wzięłam urlop zdrowotny, bo byłam wykończona ciągłymi atakami paniki. Nie byłam w stanie wychylić sie spod kołdry, waliłam głową w ścianę z nadzieją że wybije z niej te wszystkie myśli. Często robiłam sobie w ten sposób krzywdę. Dzwoniłam wtedy do Marka, a on na mnie krzyczał, miał pretensje że sobie nie radze. Dopiero po jakimś czasie nauczył się mówić do mnie spokojnie i wtedy mi przechodziło, na chwilę. Ostatnio zamieszkałam z dziewczyną studiującą psychologię, po jednej rozmowie stwierdziła, że jestem książkowym przykładem choroby afektywnej dwubiegunowej. Poczułam się jakby mnie ktoś oświecił, całe życie obwiniałam się za to co się ze mną dzieje i po tych 24 latach dowiedziałam się że to jest choroba. Byłam na jakiś swój sposób zadowolona. Powiedziałam kilku osobom, które wydawały mi się bliskie, chciałam im dać dowód na to, że to nie jest moja złośliwość, tylko na prawdę inni też tak mają, w odpowiedzi usłyszałam 'przestan wymyślać sobie choroby', nikt mi nie uwierzył. Marek, przy kolejnym ataku paniki zostawił mnie, bo chyba myślał, że skoro dowiedziałam się że to jest choroba, to mi od razu przejdzie. Najgorsze jest to, że nie stać mnie na terapie, żyje za 500zł na miesiąc, czasami sobie dorabiam, ale trudno w takim stanie pracować i studiować i jeszcze żyć. Sama bez leków nauczyłam się kontrolować sen, potrzebę jedzenia, to że mam się umyć, chodzić na zajęcia. Nauczyłam się widzieć kiedy wpadam w atak paniki lęku, kiedy jestem wściekła, kiedy głupio się ze wszystkiego cieszę. Ale nikt tego nie zauważył, bo przecież co trudnego jest w tym, żeby wiedzieć co się czuje? Teraz jestem w momencie, kiedy nikogo przy mnie nie ma, nie mam do kogo powiedzieć słowa, zostali tylko dalsi znajomi, przed którymi udaje że wszystko jest ok. Przestałam czuć cokolwiek, nawet strach i lęk gdzieś sobie poszły. Coraz częściej myślę o samobójstwie, ale nie tak, żeby się zabić, tylko żeby stała mi się krzywda, żebym miała wypadek, bo wtedy może ktoś by zauważył że cierpię i że to jest prawdziwe. Czasem myślę że nie ma już nikogo dla kogo byłabym ważna, wszystkich tylko krzywdzę, każdemu by ulżyło gdyby mnie już nie było.
Nikt nie chce uwierzyć że potrzeba mi miłości. Nikt nie chce uwierzyć, że chce być dobrym człowiekiem i nikomu nie robić krzywdy.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza