wtorek, 26 stycznia 2016

Jak jeść żeby nie zwariować?


Zauważyłem, że w moim życiu kluczowe jest to co jem i jak się czuję. Pewnie, że nie jest to wykładnia jeden do jeden - zjem miód będzie miodnie, zjem gówno będzie gównianie. Nasz mózg jest dziwacznie zbudowany. Im dłużej go mam (na okresie gwarancji od miesiąca) tym bardziej widzę, że trzeba z nim gadać. Mózg osoby chorującej na chorobę psychiczną pracuje nie równomiernie - skrajnie. Na pewno u mnie. Wszystko związane jest z mikroelementami i wszystkim tym co lekarze opowiadają fachowymi słowami. Ja ich nie znam. Nie jestem też dietetykiem wiec nie wymagaj ode mnie wiedzy ani nie słuchaj jeśli to stek bzdur (propos steka bym wciągnął). Abyśmy się dobrze poczuli potrzebujemy "wyzwalaczy dobra".
 Dopamina! tego nam potrzeba + serotonina. Jej brak powoduje, że rano nie możemy się zwlec z wyra. Dlatego wnioskuje aby była ona w formie czopków musujących.  Nadmiar powoduje, że jesteśmy nieobliczalni (Jestem Bogiem uświadom to sobie sobie). To co jemy ma wpływ na ilość wydzielanej dopaminy do naszego mózgu. Kiedy po raz czwarty w tygodniu jemy schabowego - brzydnie nam. Odechciewa sie życia. Jedzenie rośnie w ustach. Masz ochotę uciec tylko żeby nie jeść. Wyrabiasz sobie brzydki odruch niechęci do jedzenia. Przerabiam to co jakiś czas. Zwłaszcza jak złapiemy doła to wtedy siadamy i nie mamy ochoty nic jeść. Co jest ratunkiem w takiej sytuacji? Czekolada!! no pewnie kurwa, że nie ! Słodkie to jawne oszustwo na własnym mózgu. Cukier zawarty w słodyczach pobudza nasz mózg i podbija dopaminę i serotoninę ale...... jest to oszukiwanie mózgu jak narkotyki alkohol czy papierosy bo na chwilkę i wymaga kolejnej dawki. Podobny proces zachodzi w naszej głowie gdy się zakochamy. Unikaj alkoholu w dużej ilości i kawy co potas wypłukuje - t też powoduje u nas zmęczenie. należy mimo wszystko uczyć mózg aby cieszyło go jedzenie rzeczy konkretnych a nie pustaków cukierkowych.

Ja od miesiąca jadam na śniadanie 3 suche bułki i o 17.oo obiad. Wierz mi, że nie mam ochoty na jedzenie obiadu. Jak sobie radzę? Ano zmyślam. Bardzo lubię lasagne, hamburgery i spaghetti. Wracając do domu zacząłem wymyślać jak to połączyć. Z każdego z tych elementów wybrałem to co lubię. W lasagne lubię łopatkę mieloną z sosem bolognese jednak nie cierpnie gdy ten makaron w płatach się skleja przy gotowaniu. Wybrałem farsz. Rzeczą oczywistą byłby fakt, że wkurwiłby mnie ten makaron. W spaghetti uwielbiam ten ser na wierzchu co się rozpuszcza i ciągnie. Penis mnie strzela gdy muszę walczyć z makaronem co ani do pokrojenia ani do wciągnięcia. Wygrał ser. No w hamburgerze lubię ogórka konserwowego majonez i bułkę a nie lubie smarzyć kotletów. Co powstało? Kraboburger - jak to go syn to tak nazwał. Kupiłem bagietkę odkroiłem górę wyskrobałem to białe ciasto ze środka (co mnie też rura) farsz z lasagne dałem na dół łódeczki. Polałem ketchupem. Dałem ser ze spaghetti na to plasterki ogórka, majonez i wierzch od bagietki. Do piekarnianka i wygrałem z rutyną.

Rutyna powoduje u mnie spadek chęci do życia. Dlatego jak widzisz zawsze staram się unikać tego co mnie dobija. Jak mam jechać dwa razy tą samą drogą zawsze coś zmieniam. A to pojadę trochę inaczej, a to muzykę dam na full, a to pojadę stopem.



Spróbuj i ty - wyzwól Dopaminę zmianami jedzenia uciesz mózg na nowo żeby odżył. Zobaczysz, ze radość przyjdzie z tego co zjesz.


Jak mam chandrę żona daje na talerz rukolę, przekłada naprzemiennie buraka i ser kozi w plastrach - polewa miodem i cytryną oraz posypuje pestkami dyni. Taniocha jedzenie. Potem wkłada mi między rozkrojoną bułkę i mówi "masz bułe z burokiem" - Polecam !



0 komentarze:

Publikowanie komentarza